Vegan Geek

A blog about Linux, programming and vegan food.

O geeku który jeździł koleją

Mam dwa wspomnienia z wczesnego dzieciństwa. Dwa wspomnienia, które bardzo mocno wpłynęły na decyzje, jakie podejmuję przy wyborze środków transportu. To dzięki nim podróżuję najczęściej pociągiem — nawet jeśli nie jest to najbardziej rozsądny wybór.

Nie wiem ile miałem lat w tych momentach, które pamiętam. Raczej mało, bo w mojej pamięci są same urywki, niemalże pojedyncze sekundy. Nawet nie całe sytuacje, a bardziej wrażenia i impresje. Nie pamiętam przyczyny, nie pamiętam skutku. Pamiętam tylko te krótkie chwile pomiędzy. I wrażenie jakie to wywarło na mnie — dzieciaku, który miał maksymalnie trzy lata.

Pierwsze wspomnienie to podróż pociągiem. Słoneczny dzień, prawdopodobnie lato. Ja w przedziale, jaki jeszcze czasami można spotkać w polskich pociągach. Nie wiem skąd jechałem, nie wiem gdzie, nie wiem dlaczego, ani z kim. Przypuszczam, że podróżowałem z miasta rodzinnego, Radomia, do Puław — stamtąd pochodzi rodzina ze strony mojego ojca. Wydaje mi się, że jechałem z dziadkiem i babcią. To są moje późniejsze przypuszczenia, bo jedyne co pamiętam, to jak się wspiąłem do okna i przez nie wyjrzałem. Za oknem typowy krajobraz “kolejowy” — drugi tor, dalej las, a w nim wielkie doły powstałe na skutek wybierania piachu.

Ten widok mogłem mieć przed oczami kilka, kilkanaście sekund. Kilkanaście sekund, ale wrażenie było ogromne. OGROMNE. Byłem przecież jakimś brzdącem, który świat obserwował z perspektywy spacerówki. Dzieciakiem, który wychowywał się wśród bloków, ulic pełnych ludzi. W mieście nigdy nie było przestrzeni, kontaktu z naturą. Tylko użytkowe budynki na tym kawałku ziemi wyrwanym “Nieznanemu”. A tu takie dziwy — pięknie oświetlony las, jakieś tajemnicze doły. I przeszywające poczucie, że jeśli jesteś człowiekiem to nie możesz się czuć tu panem na włościach… że w tym lesie musisz mieć się na baczności. Dwadzieścia pięć lat później ciągle pamiętam to wrażenie.

Drugie wspomnienie również wiąże się z koleją. Wiadukt kolejowy u mnie w domu jest na tyle daleko, że nigdy sam tam nie chodziłem — jako dziecko czy nastolatek. Ale jest też na tyle blisko, że gdy byłem dzieckiem wożonym przez rodziców w wózku, chodzili oni tam ze mną na spacery. Pamiętam to jak przez mgłę. Zabierała mnie tam prawdopodobnie moja mama. Bardzo lubiłem oglądać przejeżdżające pociągi.

W mojej pamięci zachowały się jedynie strzępki takiej wyprawy. Siedzę w wózku, gdzieś przy torach. Czekamy na pociąg. Po chwili się pojawia i w akompaniamencie ogłuszającego hałasu nas mija. To było coś więcej niż te zwykłe samochody. Samochody, które obserwowałem każdego dnia — parkujące pod blokiem, jeżdżące po ulicach, trąbiące na ludzi przebiegających przez jezdnię. To było coś spoza mojego, wąskiego i małego, dziecięcego świata.

I właśnie te dwa wydarzenia, zapamiętane jedynie fragmentarycznie, ukształtowały moje preferencje dotyczące transportu. Teraz wybieram podróż pociągiem zawsze, gdy tylko mogę. Wolę zapłacić drożej albo jechać dłużej. Wiem, że w czasie podróży poczuję coś, czego nie mogę poczuć jadąc samochodem.

Dzięki pierwszemu wspomnieniu zawsze gdy podróżuję pociągiem mam wrażenie podróży w nieznane. Mam poczucie, że gdy spojrzę przez okno to zobaczę coś niezwykłego, nieco nierealnego, a na pewno ciekawszego, niż widok widziany przez szybę samochodu. Tego uczucia nie ma podczas jazdy autokarem, czy autem. Podróż wtedy jest taka płaska, bezwymiarowa, ordynarna. Jadę do celu, i tylko tyle, nic więcej. W pociągu? W pociągu jest zupełnie inaczej. Tory kolejowe wiją się samotnie gdzieś w środku lasu, z dala od tej przaśnej, samochodowej “cywilizacji” — stacji benzynowych, rustykalnych zajazdów, przydrożnych barów. Pociąg mija Orszawę i jedzie do Bylicza, łukiem omijając mokradła nad Wierszą. Sceneria niczym z opowiadania. Tego nie poczujesz na autostradzie.

Dzięki drugiemu — mam takie wrażenie przeniesienia się XIX wiek. Czas, gdy pociąg był symbolem nowoczesności, wielkim krokiem, który wykonała ludzkość. Stalowy potwór, niemalże z bajki, narodzony w delirycznych widzeniach futurystów. Są nasze, ludzkie, ale jednocześnie świeże, nieokiełznane, nowoczesne i tajemnicze. Czuję do niego respekt, bo to ogromna bestia. Samochody? Są takie powszechne, opatrzone, nudne, nijakie. Pociąg za to… aż serce mocniej bije, gdy wtacza się na peron. Potem niewidzialna siła ciągnie człowieka na dworzec, żeby ustawić się w ogonku do kasy, niczym Agapit Kluczka, i kupić bilet, mimo że bilet autokarowy jest tańszy, a podróż krótsza. Tylko po to, żeby znowu podróżować pociągiem.

I nie sądzę aby kiedykolwiek mi się to zmieniło. Pewnie już do końca życia będę czuł romantyzm podróży kolejowych i nudę samochodowych. I do końca życia jeździł koleją, gdy tylko będę musiał podróżować gdzieś dalej, niż w granicach miasta. Doprawdy ekscytująca perspektywa, czekam na te wyprawy z niecierpliwością.

Comments